piątek, Listopad 16, 2018

Opowieść Ady – mamy Jacka Juniora

Adę poznaliśmy w ostatniej w 2016 roku edycji szkoły rodzenia. Dała się poznać jako – nad wyraz dojrzała na swój wiek – młoda kobieta. Ada z Jackiem przygotowywali się u nas do porodu domowego. Poniższa opowieść pokazuje jednak jak piękny, niezakłócony interwencją medyczną, może być także poród w szpitalu.

Ado, dziękujemy Ci za to świadectwo – jesteś przykładem dla kolejnych kobiet.

Uważam, że miałam piękny, naturalny i pełen magii poród, choć zupełnie innym niż planowałam 🙂

Teraz przeżywam jakieś skoki emocjonalne… Cały czas płaczę śmiejąc się… Ale jestem baaardzo szczęśliwa. Gdybym wiedziała, że mój Jacek jest taki czuły i romantyczny wręcz bym się o takie samopoczucie i morze łez modliła. Zachodzę w głowę czy Dorota mówiła o skokach hormonów, emocji… Pamiętam tylko wyrażenie Niny „gonienie w piętkę”.

Do rzeczy!

Po piątkowym powrocie z Polic ze szpitala czułam się bardziej niż rewelacyjnie, starałam się dopiąć wszystko na ostatni guzik. W niedzielę byliśmy wspólnie z Jackiem w Kościele – dla mnie to szalenie istotne – później drukowałam dokumenty u jego brata, a na końcu długi spacer po Bulwarach Odry i Starym Mieście. W życiu nie byłam weselsza 🙂

Wieczorem miałam wyższe ciśnienie i juz tylko odpoczywałam. Skurcze rozpoczęły się nagle co 3 min i pierwsze odczucie  moje było takie, że mam mega zaparcie, a pomiędzy nim… biegunka. Najpierw usiadłam na piłce… i się popłakałam z myślą, że na pewno zaszkodziłam sobie obiadowymi plackami ziemniaczanymi, bo to chyba jeszcze nie „TO”. Przecież co 3 minuty  na „dzień dobry” to nie jest możliwe. (Polecam aplikację na telefon na skurcze, nam super pomogła w opanowaniu sytuacji).

Po godzinie odszedł czop i wiedziałam, że to już. Poszłam do wanny i  skacząc między wanną, piłką a wc, czekałam aż Jacek zrobi sobie jedzenie i nas naszykuje. Cały czas miałam skurcze, z dwiema przerwami po 20 minut i 16 minut.
I dręczyło mnie pytanie, czy już jechać do szpitala, czy jeszcze nie. W końcu nie chciałam takich skurczy przeżywać
w szpitalu, kiedy w domu z pomocą piłki i Jacka jakoś sobie radziłam i  czułam, kiedy nadchodzą.

Jacek po 2 godzinach, gdy skurcze zaczęły się nasilać, dzwonił  po taxi. Wszędzie nie szło się dodzwonić (mecz!!!) Decyzja zapadła:  2 godziny od początku, skurcze coraz częstsze – telefon po karetkę!  Przyszło mi jechać samej, bo Jacka nie zabierają i to jeszcze na Pomorzany, choć planowałam rodzić w Policach. W karetce nie wierzą mi, że od początku mam skurcze co 3 minuty. Zadają setki pytań, a ja klnę na wszystkie taxi w mieście, kierowca mówi o meczu, a ja klnę na te  cholerne męskie zabawki. Oj,mieli ze mnie ubaw! W karetce był początek apogeum. Bardzo niewygodnie mi się jechało, zwłaszcza, że miałam mdłości.

Izbę przyjęć… mhyy chyba sobie ten opis odpuszczę…. nieprzyjemna położna, która mnie przyjmowała, zdecydowanie już znudzona i wypalona zawodowo – najłagodniej mogę tak napisać. Nawet przy przebraniu mi nie pomogła – ani torby na krzesło nie postawiła, musiałam się schylać w trakcie skurczu.  Rozwarcie na izbie prawie 7 cm, a ona do mnie:

– Opanuj się! To na pewno nie skurcze…

By po chwili dodać:

– Panienka z tego fotela szybciej schodzi!

Usłyszała moje wypowiedziane przez zęby:

– Oczywiście, uprzejma pani.

I chyba to ją uspokoiło… Ja się opanowałam, kiedy owa pani dala mi dokumenty do podpisania i niczym oaza spokoju pytałam szczegółowo o wszystko, co  podpisuję. Pojawił się Jacek, ja odetchnęłam, z ulgą, a „uprzejma” pani położna nas wyśmiała, bo Jacek przywiózł mi piłkę jakbym miała dostać pustą salę.

Jazda na porodówkę…

Tu się dopiero zaczyna!  Było tak, jak było. Ale uwierzcie mi – gdybym miała cofnąć czas – to bym nie chciała nic zmienić,  nawet położnej w izbie przyjęć, bo dzięki niej mówiłam sobie w drodze na salę porodową: „Patrz jesteś aktywna!” Na salę więźli mnie – dzięki Bogu – na wózku. Jacka oddzielili, powiedzieli, że zaraz spotkamy się na sali- choć to „zaraz” trwało całą wieczność.
Na powitanie na sali porodowej czekało na mnie KTG.  Jacka zabrali innym przejściem, nie pozwolono mi na pierwsze KTG na piłce, wiec położyłam się bokiem w pozycji embrionalnej. Nie chcieli planu porodu, zadawali „100 pytań do…”.

Bez „dzień dobry” położna prostuje mi rękę ( To bardzo mila i cierpliwa położna, którą zawsze będę chwalić!)

– Myszka, będzie wkłucie. Jak masz na imię?
Oprzytomniałam i wołam, że nie zgadzam się na wenflon.
– To nie będzie znieczulenia!

Myślę, jakiego – do cholery – znieczulenia, jak to już 7 cm?!

Szepczę sobie na skurczu „nie chcę”.
– To będzie płacz! – mówi położna.
– To będę płakać! Chyba nikt mi nie zabroni?!

Zrobiła więc tylko wkłucie na pobranie krwi. Czekała aż skurcz się skończy, potem zbadała w następnym  skurczu jak leży mały. Przyznam, że to już było apogeum i nie myślałam trzeźwo. Wpadłam też w panikę, że nie chcą przeczytać planu porodu,  że chcę siku, a każą mi leżeć.

Bardzo źle oddychałam, nie mogłam się skupić na powolnym oddychaniu przez nos. Przy skurczach oddychałam, ale buzią, a po skurczach ciężko było mi o głębokie oddechy nosem, bo ten jeszcze po przeziębieniu był zatkany i plułam wydzieliną. Po 15 minutach pozwolono mi zejść z KTG. Poszłam do ubikacji.  A po chwili  znów wołają mnie na KTG… Na początku chciałam się kłócić.  Jacka  wciąż nie było… Położna powiedziała mi  bardzo spokojnie, że chodzi o mojego synka, że przez to że płytko oddycham, on się trzy razy bardziej meczy, a jeszcze się przekręca i nie ma przeze mnie czym oddychać i dlatego  pierwsze KTG wyszło brzydko przez to. ( Ja wiem swoje! Wyszło jak wyszło, bo zamiast spokojnie oddychać, wołałam o plan porodu).  Więc znów położyłam się na lewy bok i poczułam ulgę słysząc znana mi afirmacje –  Dębina –  której słuchałam w domu. Pojawił się obok mnie Jacek, powiedział, że  trafiliśmy na dobrą położną. Pomogło mi to, choć przy skurczu położna przypominała mi:

– Myszko, twój synek potrzebuje tlenu.Ada, oddychaj!

Kolejne i kolejne pytania położnej… Jacek – moje wsparcie – na wszystko odpowiadał za mnie, aż położna zwróciła mu uwagę, że będzie mógł mówić jak  sam zacznie rodzić. Ja rzuciłam tylko hasło: „plan porodu” i znów przestało do mnie docierać, co się dzieję na około.

Było już 10 cm i czas na skurcze parte  – mały się obrócił i pchał do wyjścia. Na parte obróciłam się na wznak, ale zaraz mówię,  że  ja tak nie chcę! Położna pyta mnie: „To jak chcesz? Myszko tutaj będzie najszybciej, ja Cię pokieruję,  a ty się poprzesz kilka razy i już! No! Mały na to czeka!”

Przekonała mnie 🙂

Przy partych dostałam rurkę z nawiewem tlenu i zaczęło się o wiele łatwiej oddychać. Po pierwszym partym Jacek wołał, że jest dumny i główka się wyłania,  a ja że może zapomnieć o pięciorgu dzieciach.

Chodziło mi po głowie, że Go nie wyprę, że cala pęknę i rozerwie mnie od środka, ale te diabelskie podszepty usunął mi Jacek, bo powiedział

–  DAJESZ MI SYNA, JESTEM DUMNY!

I był tak uśmiechnięty! Parłam. Krzyknęłam pierwszy i ostatni raz. Dumna, dotknęłam wyłaniającej się główki.

– To główka? Takie miękkie?
– To Wasz łysolek. No, łysy się urodzi. – to słowa położnej.

Idzie skurcz. Teraz biorę już głęboki oddech i sama chce tym kierować. Mówię jej o tym.

Cala główka wychodzi. Jeszcze jeden skurcz – już sama sobą kieruję. Słyszę tylko:

– Doprzyj, doprzyj!

I mam małego na piersi!!!

Mówię do Jacka, że jednak jeszcze kilkoro dam radę urodzić. Położna się śmieje, że  taki pierwszy poród, to można się decydować na kolejne.

Prawie traciłam że szczęścia  przytomność, a  z oddali  słyszę pytanie:

– Chce Pan przeciąć pępowinę?

Wołam szybko:

– STOP!!! Ona musi przestać tętnić!

Położna znów się śmieje.

– No juz przestala. A ile czasu ma nie tętnić?

.
Jacek przeciął pępowinę,  słyszę gratulacje. Jest pięknie, plączę że szczęścia, Jacek powtarza że jest dumny. Przerywa nam lekarka po raz piąty mówiąc o oksytocynie na łożysko, bo jest ryzyko krwawienia. Jacek jej mówi, że w planie jest, że nie chcemy, jeśli nie ma potrzeby.  Ona mówi, że standardowo dają każdemu, aby uniknąć krwotoku. W tym czasie położna ledwo  zdążyła złapać łożysko, które samo, bez mojego parcia, się urodziło.

W dwie minuty,  w czasie tej debaty….

Mały był cichutki na piersi, ja szczęśliwa

.
Dwie godziny były nasze!!! Pięknie ssał od początku. Dostał 10 na 10,  waga 3240 i 52 długości.
Potem na sali poporodowej Jacek sam zmyl krew z głowy i założył małemu pajaca.

Jestem baardzo szczęśliwa.

Pisałam swoją opowieść chaotycznie w nocy, w czasie karmień, na raty przez kilka dób. Chciałam to napisać, jak jeszcze trzymają emocje, aby czuć je było w mojej relacji. Jest to prosty zapis, ale to jest właśnie takie proste, fizjologiczne przeżycie, które przez ból i świadomość jest pełne magii.