Wasze historie laktacyjne

Irenę poznałam na jednej z grup  facebookowych poświęconych mamom karmiącym piersią inaczej, czyli kobiet, które odciągają swoje mleko i karmią nim dzieci.

Moja obecność jako promotorki karmienia piersią w tej grupie uczy mnie pokory związanej z  karmieniem piersią i indywidualnego podejścia do każdej mamy. Dziewczyny wykazują się ogromną determinacją i chęcią, by karmić mlekiem naturalnym, a także motywację do  wyłącznego karmienia piersią.

Taka właśnie jest Irena.

Pewnego dnia napisała post o tym, że to dziś jest ten dzień, w którym po raz pierwszy karmi dziecko wyłącznie piersią!  A dziecko ma już ponad pół roku!!!

Pośpiesznie napisałam do niej, z prośbą o zgodę na wywiad, spisanie jej historii i pokazanie jaką drogę przeszła, by osiągnąć ten niewątpliwy sukces . Odpisała mi na drugi dzień, właśnie z wielką pokorą:

 

„Tylko chciałbym jeszcze trochę  poczekać, bo tak naprawdę to wczoraj był pierwszy dzień bez butli. Ja wciąż mam jeszcze sporo wątpliwości. Dziś trochę spanikowałam i podałam butlę Mam jednak nadzieję, że to jednorazowy incydent.. .”

 

Na rozmowę musiałyśmy czekać jeszcze dwa tygodnie, ale był to już na pewno ten czas, w którym można było powiedzieć w 100%, że wyłączne karmienie piersią działa.

 

Nina Kwaśniewska:  Jakie były Twoje początki karmienia piersią? Jak wyglądała opieka w szpitalu?

Irena, mama Kaliny: Rodziłam w szpitalu św. Zofii w Warszawie. To szpital, który realizuje zalecenia WHO dotyczące karmienia piersią, więc wszystkie najważniejsze kroki zostały zachowane.  Po porodzie  był kontakt skóra do skóry przez dwie godziny.  Jeszcze na łóżku porodowym było pierwsze karmienie przy pomocy położnej, która przyjmowała poród. 

Niestety wydaje mi się, że już ono było nieudane.  Moim zdaniem mała nie ssała wtedy piersi, ale mogę się mylić.  Kalinka urodziła się o 11:45. Przez następnych kilka godzin spała.  Ja byłam tak wykończona porodem, że chociaż chciałam ją nakarmić, to bałam się wziąć ją na ręce, by jej nie upuścić. Mąż musiał wrócić do pracy, a w szpitalu było takie obłożenie rodzących, że położne nie miały czasu na pomoc przy karmieniu.  No, ale tak jak mówiłam, mała cały czas spała.  Płakać z głodu zaczęła dopiero w nocy. I wtedy okazało się, że nasze karmienie nie będzie takie proste….Przez jej cofnięta żuchwę nie mogłam przystawiać jej do piersi. Mała nie mogła uchwycić brodawki, a co dopiero otoczki.   W nocy przychodziły położne, pomagały, próbowały… i nic. Przez dosłownie kilkadziesiąt sekund udało się jej utrzymać pierś i wypiła parę łyków.  Rano na obchodzie pani neonatolog stwierdziła jednak, że to za mało i trzeba dziecko dokarmiać metodą sonda- palec.

 

Zgodziłam się, bo wiedziałam, że w inny sposób dziecka nie jestem w stanie nakarmić. Zapewniona przez szpital „położna laktacyjna”  nie miała też recepty na nasze bolączki  .  W drugim dniu po porodzie,  wieczorem,  inna położna podpowiedziała mi kupno nakładek. I w ten sposób zaczęłam karmić piersią.  W nakładkach, ale piersią. Oczywiście od pierwszego podania mleka modyfikowanego, były  podawane już kolejne porcje, bo tak naprawdę nawet nie miałam pewności, że przez te nakładki płynie jakieś mleko. Mimo, że chodziłam do szkoły rodzenia, czytałam książki o karmieniu i przed porodem byłam pewna, że będę karmić piersią, moja pewność siebie jako matki karmiącej, w błyskawicznym tempie osiągnęła poziom bliski zeru. 

 

Jak wyglądała Wasza sytuacja po powrocie do domu?

 

Przy pomocy personelu szpitalnego  wypracowaliśmy z mężem schemat: karmienie piersią przez nakładki ➡  dokarmianie sonda przy piersi  ➡i odciąganie. Mleka miałam mało, bo piersi nie były dostatecznie stymulowane. Po pierwsze  – przez nakładki. Po drugie – mała zdecydowanie za mało „wisiała” przez pierwsze godziny i dni  na piersi. Wiem to dopiero teraz – z perspektywy czasu.  W mojej głowie pokutowało przecież przekonanie, że dziecko ma jeść co 3 godziny.  Między tymi „sesjami”  czasem dostawała sama pierś.  Takim schematem postępowaliśmy przez pierwsze dni jej życia. Mała przybierała na wadze bardzo dobrze, ilość odciąganego przeze mnie mleka powoli rosła, tylko ja nie miałam pomysłu na pozbycie się mieszanki, laktatora,  nakładek i strzykawki z sondą, którą przy każdym karmieniu obsługiwał mój mąż!!! Byłam przekonana, że mam zdecydowanie za mało pokarmu.  Nie miałam też pewności, że mała cokolwiek je z piersi.  Mimo tego  jak ognia wzbraniałam się  przed podaniem butelki.

 Butelka pojawiła się gdy z niezwiązanych zupełnie z karmieniem  względów  (o których nie chcę tu mówić),  w  9 dobie wylądowałyśmy z córką w szpitalu na cztery dni. Ta sytuacja spowodowała zapętlenie  mojej laktacji. Usłyszałam od personelu, że w 9 dobie dziecko powinno zjeść  90 ml mleka. Co potwierdziło tylko wiedzę nabytą w szpitalu, w którym rodziłam.  Tam słyszałam, że w drugiej dobie dziecko zjada 20 ml, w trzeciej 30 ml , w czwartej – 40 ml itd. I to natręctwo ze mną pozostało. Córka była ważona przed  i po karmieniu, by sprawdzić ile zjadła. Jeśli jadła za mało – miałam dokarmić ją do brakujących 90 ml.  A brakowało zawsze.  Jedyny plus tej sytuacji był taki, że chociaż przekonałam się o tym, że mała coś z moich piersi zjada.  Pierwsze ważenie wykazało 40 ml – jakież było moje i męża zdziwienie. Niestety to obsesyjne ważenie zostało ze mną, także wtedy, gdy opuściłam szpital.

Wypożyczyłam wagę i w domu także sprawdzałam ile zjadła. Zjadała różnie: raz 80 ml, raz 20 ml. Utwierdzałam się więc w przekonaniu, że nie mam wystarczającej ilości pokarmu.  

Dalej odciągałam  i dalej dokarmiam. 

 

Próbowałaś zasięgnąć porady specjalisty od laktacji?

 

Tak! Trzy dni po porodzie zaprosiliśmy do domu położna że szkoły rodzenia.  Jej również nie udało się przystawić małej bez nakładek. Poradziła, by karmić „naszym” systemem i sukcesywnie zmniejszać ilość mleka podawanego przez sondę. 

Gdy mała miała 6 tygodni udałam się do certyfikowanego doradcy laktacyjnego.  Wybrałam  guru w świecie laktacji. Niestety i ona nam nie pomogła.  Choć, z  perspektywy czasu widzę, że jej zalecenia były słuszne. 

Pani doktor po pierwsze radziła przestać ważyć,  bo drugie zmniejszyć liczbę odciągań i zupełnie zrezygnować z mleka modyfikowanego – dokarmiać tylko swoim mlekiem (mała miała wtedy przyrost 32 g na dobę!). 

Ja jednak  chyba nie byłam gotowa,  by wprowadzić w życie jej zalecenia. Próbowałam karmić bez dokarmiania, ale mała  zaraz po karmieniu budziła się albo zasypiala przy piersi. Innym razem po  godzinnym „seansie” waga wskazywała 20 g.  Dalej dokarmiałam po każdym karmieniu.  Nie potrafiłam zejść z liczby odciągań,  bo bałam się, że lakatacja padnie mi zupełnie. Cały czas stosowałam nakładki, bo próby rezygnacji z nich kończyły się fiaskiem. Tego było tak dużo, że czułam jak się zapętlam. Z biegiem czasu mała zaczęła coraz gorzej reagować na pierś  – oczywiście na rzecz butelki.  Dokarmiałam coraz więcej.  Nawet nie wiem, kiedy zmieniłam kolejność i dawałam najpierw butelkę a potem pierś. Dawałam określoną ilość pokarmu w butelce, potem pierś. I tak co 3- 4 godziny. Najgorsze było to, że nic z tych rzeczy nie przynosiło rozwiązań: ani nie odciągałam więcej pokarmu, ani mniej nie dokarmiałam mm, ani nie karmiłam tylko piersią. 

Dziś już wiem, że nie dałam szansy mojej córce nawet zgłodnieć, zasygnalizować potrzeby jedzenia, bo z zegarkiem w ręku dostawała kolejną porcję.

 

Co powodowało, że miałaś blokadę przed wprowadzeniem w życie zaleceń doradcy?

 

Myślę, że potrzebowałam innego sformułowania zaleceń.  Kogoś, kto potrafiłby mi wytłumaczyć, że dziecko nie musi zjadać przy każdym karmieniu określonej ilości pokarmu, tego, że może jeść co 15 minut.  Tego, że może się budzić zaraz po nakarmieniu.  Tego, że należy patrzeć na ilość mokrych pieluch.  Należy dziecko ważyć co dwa, trzy tygodnie a nie porównywać wagę przed i po karmieniu. Tego, że nie muszę odciągać mleka laktatorem, że dziecko też może utrzymać laktacje 😉

Dziecko właściwie powinno być przy piersi cały czas, że karmienie noworodka to nie tylko posiłki, których ma być 8 dziennie. 

Tej wiedzy, którą teraz mam. I którą zdobyłam dopiero na forach internetowych poświęconych laktacji. 

 

Mimo wszystko nie zrezygnowałaś z prób karmienia piersią…

 

Nigdy nie pogodziłam się z utratą karmienia piersią!

Miewalam bardzo  przykre myśli. Myślałam: czym ja się różnię od ojca, skoro nie mogę karmić dziecka piersią? Miałam trudności w przyznaniu się przed rodziną, czy znajomymi, że karmię w sposób mieszany. Zawsze się tłumaczyłam, byłam bardzo wrażliwa i wyczulona na każdą uwagę dotyczącą karmienia. 

Oczywiście wylałam wiele łez.  Nienawidziłam laktatora.  Czułam, że on kradnie mi czas, który powinnam spędzać z moim dzieckiem.

Nie cierpiałam też tych okropnych nakładek, które wyparzałam przed każdym karmieniem.

Nawet gdy doszło do momentu, że byłam w 80 %  „mamą karmiącą piersią inaczej” nie potrafiłam zupełnie zrezygnować z karmienia piersią.  W dzień i w nocy karmiłam córkę butelką, pierś zostawiając jako nasz mały rytuał przed snem. Wieczorem, po kąpieli, po butelce gdy Kalinka już prawie spała i była najedzona (!!) dawałam jej pierś.  Czasem udało nam się karmić piersią ot tak,  z doskoku, w ciągu dnia. 

Tak bardzo brakowało mi tej bliskości, tej więzi, która łączy matkę karmiąca z dzieckiem,  że potrafiłam kłaść ja sobie wieczorem na piersi i leżeć z nią godzinę lub dwie.  

Kiedy Kalina miała 4 i pół miesiąca postanowiłam podjąć ostatnią próbę powrotu do karmienia piersią.

Na  jednym z for dotyczących karmienia piersią polecono mi certyfikowanego doradcę laktacyjnego z warszawskiego szpitala.  Ta wizyta chwilowo podniosła mnie na duchu. Pani Agnieszka zapewniła mnie, że mała nie odrzuciła piersi tylko jest w wieku,  w którym wszystko ją interesuje i dlatego ciężko jest utrzymać ją przy piersi.  Zalecenia dostałam takie, jak w szpitalu po porodzie.  Przystawianie 15 minut,  dokarmianie i odciąganie. Jakie były efekty? Przystawiałam małą zdecydowanie częściej, bo to przecież był już czas, gdy Kalina dostawała pierś raczej tylko w nocy . Udało mi się wtedy podbudować trochę swoją laktację,  bo zaczęłam znów odciągać  8 razy dziennie,  a nie  6-7. Jednak te dwa tygodnie, bo tyle trwało moje „ostatnie” podejście do karmienia piersią, były dla mnie bardziej walką niż karmieniem.   

Po tej probie przestałam walczyć.

Postanowiłam: co będzie to będzie.  Chciałam odciągać pokarm do skończenia przez małą pół roku i karmić piersią wtedy,  kiedy nam to wychodzi, a kiedy nie wychodzi – to trudno!  Nic na siłę. Żadnych wizyt u doradców laktacyjnych,  żadnych snsów,  czytania for i myślenia tylko o karmieniu piersią.

I paradoksalnie wtedy zaczęło się układać. 

 

Jak doszło do przełomu?

 

Były trzy przełomy. Po pierwsze przestałam odciągać pokarm w nocy.

Nie miałam już siły.  Ale postanowiłam też, że jak nie odciągam to i nie podaje butelki.  Jak mała wstała dostawała pierś. I to zadziałało.  Po kilkugodzinnej przerwie od laktatora piersi były przepełnione i to było dla niej zachęta.  Gdy to zauważyłam zaczęłam przeciągać te karmienia na ranek i drzemki w ciągu dnia.  Oczywiście tylko, gdy minęło kilka godzin od ostatniego odciągania.  Inaczej byłam na straconej pozycji, a mała tylko zniechęcała się do piersi.  I tu mój pierwszy wniosek.

Jednym z powodów naszych niepowodzeń było odciąganie pokarmu laktatorem.  Myślę, że mała nie była tak sprawnym ssakiem, żeby produkować sobie mleko na bieżąco.  Musiała mieć jakąś zachętę w postaci „pełnej” piersi.

Drugim przełomem było zrezygnowanie z nakładek.  Tak naprawdę zrezygnowała z nich Kalina. 

Gdy miala 5 i pół miesiąca, w któryś dzień nachyliłam się, by sięgnąć po nakładki i w tym momencie córka złapała za pierś i zaczęła intensywnie ssać, tak, że aż słyszałam, jak połyka. Wtedy pomyślałam, że może jednak coś z tego będzie!  Zobaczyłam różnicę w karmieniu przez nakładki i prosto z piersi. Mleko płynęło zupełnie inaczej: szybciej, większym „strumieniem” .  W nakładkach mała musiała długo  czekać, by doszło do wpływu pokarmu, przez co często kończyłyśmy karmienie zanim do niego doszło. Bez nakładek mogę karmić co 15 minut.  W nakładach musiało minąć min 2 godziny od poprzedniego karmienia, żeby mleko wypłynęło.

Po tym przełomowym karmieniu bez nakładek zaczęłam Kalinkę częściej dostawiać do nagiej piersi. Tak naprawdę rozstałyśmy się z nimi może w trzy dni.

Mój drugi wniosek:

Nakładki choć w pierwszych dniach uratowały nasze karmienie, to w dłuższym okresie używana,  bardzo hamowały mi laktacje.  Być może warto było dłużej powalczyć w szpitalu o to, by nauczyć małą jeść bez nich.  Przecież raz czy dwa się udało.  Może udałoby się i więcej. 

Trzeci przełom to było całkowite porzucenie butelki i laktatora i przejście na pierś.  Mała skończyła pół roku.  Zaczęliśmy rozszerzać dietę.  Pewnego dnia mąż powiedział do mnie: „Nie ściągaj już, mała ma już pół roku – wystarczy. Karm tylko piersią, a jak się nie da to podawaj mleko modyfikowane”. I ja się zgodziłam.  To było rano.  Wyszliśmy wtedy z domu.   Ja miałam że sobą jeszcze buteleczkę ściągniętego rano mleka.  Nasze wyjście się przedłużyło do kilku godzin.  Ja oczywiście nerwowo zerknęłam na zegarek, bo przecież zbliżała się pora i karmienia i odciągania.

I wtedy po prostu usiadłam w parku i pierwszy raz nakarmiłam mała w miejscu publicznym.  Ona zjadła, nie płakała, nie marudziła –  wyglądało na to, że jest najedzona.

Zamiast wrócić do domu, mogłyśmy spacerować dalej. Potem było więcej takich małych „cudów”, które dawały mi bodziec i wiarę w to, że się uda, a raczej, że osiągnę ten wymarzony od porodu cel – karmienie piersią!

Przez pierwsze kilka dni asekurowwalam się butelka.  Wieczorem dawałam małej jeszcze mleko modyfikowane.  Potem w  uzgodnieniu z certyfikowanym doradcą laktacyjnym wprowadziłam jej dwa posiłki stałe, żeby wypełnić „lukę” po mieszance  i przeszłam na karmienie piersią.  

 

 

I dotarłyśmy do tego momentu, w którym Cię poznałam:) Dzisiaj karmisz już wyłącznie piersią. Osiągnęłaś cel w momencie, w którym większość nie widzi już najmniejszych szans na powodzenie. Jakie dasz wskazówki kobietom, które mają podobny problem? Jak ustrzec się przed radami, które nie prowadzą do celu jakim jest karmienie piersią?

Przede wszystkim głośno chcę powiedzieć i zaprotestować przed stwierdzeniem, że dziecko MUSI zjeść 90 ml w 9 dobie życia. (śmiech!)

Wszystkim kobietom chcę powiedzieć, że to jest normalne, że dziecko jest non stop przy piersi! Nie dajcie sobie tego odebrać w szpitalu.  Nie dajcie sobie wmówić, że nie macie pokarmu, że dziecko płacze z głodu.  Nie pozwalajcie sobie odebrać dzieci od piersi.

Uważam też, że w szpitalach za mało mówi się młodym mamom o tym jaki jest mechanizm laktacji.  O tym, że im więcej dziecko jest przy piersi, tym laktacja ma się lepiej.  O tym, że zanim pojawi się mleko jest siara, która płynie kroplami, a nie strumieniem.  Że żołądek noworodka w pierwszych dniach jest wielkości czereśni i wystarczy nu kilka kropel, by się zapełnić.  Także w szkołach rodzenia mówi się o nawałach,  a nie mówi o tym, co robić, gdy myślimy, że mleka nie ma.  Mówi się o poranionych brodawkach, a nie mówi się o problemach z przystawieniem  dziecka do piersi, np. sytuacji takiej jak moja.  Nie mówi się nic o nieefektywnym ssaniu, o tym jak pobudzać dziecko przy piersi – o stosowaniu kompresji. Ja w szkole rodzenia dowiedziałam się, że trzeba karmić raz z jednej piersi, raz z drugiej po 15 minut. O tym, że najpierw płynie chude mleko, potem tłuste dlatego nie należy przy jednym karmieniu co chwilę zmieniać piersi. Kobiety dostają za dużo rozbieżnych i często skomplikowanych  komunikatów. 

A prawda jest przecież taka, że kobieta po porodzie powinna po prostu dziecko karmić.  Nie myśleć ile to trwa,  nie odliczać czasu między karmieniami,  tylko na każde zawołanie dziecka dać pierś.  A jeśli ma problemy tzn. dziecko nie przybiera to dawać pierś jeszcze częściej. 

A mleko modyfikowane jest naprawdę ostatecznością i powinno się je podawać w wyjątkowych sytuacjach.

Kobietom po porodzie hormony szaleją,  towarzyszy im tyle skrajnych emocji. Ich pewność siebie jest często bardzo niska.  Trzeba je wspierać.  Niepowodzenia w karmieniu piersią zdarzają się bardzo często i trzeba te kobiety uświadamiać, że to normalne.  Ze na początku może być trudno. Trzeba podnosić ich samoocenę jako żywicielek, a nie proponować mieszankę.

Trzeba tez pamiętać, że nie ma sytuacji beznadziejnych.  I tu zwracam się do mam, które podjęły już niejedna próbę, a ich dzieci nie są już noworodkami. 

Czasem trzeba na chwilę odpuścić,  odpoczać, ale też nigdy nie jest za późno by podjąć kolejna próbę. 

Trzeba obserwować swoje dziecko.  Jak bardzo ono się zmienia. Dzieci nabierają sił, rozwijają się. Cofnięta żuchwa,  przysypianie przy piersi, nieefektywnie ssanie mogą być problemu przejściowymi. Zmienia się także podejście dziecka do mamy, a pozorna niechęć do piersi w jednym wieku, w innym może zniknąć zupełnie. 

Uważam tez, ze nawet jak już stwierdzimy, że jesteśmy skazane na KPI i lub mieszankę, to nie warto zupełnie rezygnować z piersi. Warto przystawiać choć raz dziennie, nawet przez sen.  Ja dzięki temu karmię teraz piersią. 

Niedawno czytałam też historie mamy, która również karmiła dziecko głównie odciągnetym mlekiem.  Mimo tego nie przestawała przystawiać dziecka do piersi.  Gdy dziecko skończyło rok, ona przestała odciągać,  a te sporadyczne  karmienia pozostały im do drugiego roku życia!

 

Czego Tobie zabrakło na laktacyjnej drodze? Podjęłaś wiele prób powrotu do wyłącznego karmienia piersią, ale ciągle pojawiały się pewne przeszkody.  Jak dziś – bogatsza w swoje doświadczenie – byś postąpiła?

 

Myślę, że zdecydowanie zabrnęłam za daleko… Wkręciłam się w schemat:  karmienie – odciąganie – dokarmianie i nie widziałam nic poza tym. 

Cały czas towarzyszył mi lęk o to, że tracę pokarm, że dziecko nie je, że „odrzuca pierś”. Moim zdaniem nie ma czegoś takiego jak „odrzucenie piersi” przez dziecko.  Dajemy dzieciom  łatwiejsze alternatywy w postaci butelki i dzieci je wybierają.

Zabrakło mi takiej zwykłej, życiowej obserwacji zamiast fachowej porady laktacyjnej. Wolałabym, żeby ktoś przyszedł do mnie do domu na pół dnia i mnie poobserwował, niż udzielił mi dwugodzinnej konsultacji w gabinecie. Żeby ocenił, czy to moje odciąganie mleka, a potem dokarmianie ma sens.

Żeby ktoś powiedział mi: „masz pokarm,  usiądź i karm”. 

Brakowało też osoby, która pomoże mi pozbyć się nakładek.

 Myślę, że taka kompleksowa „opieka”  bardziej pomogłabymi wyluzować i wyjść z tej sytuacji, która przez pół roku dla mnie nie miała  wyjścia.

 

To cenna uwaga dla nas, promotorów. Nie zwróciłam uwagi na ten aspekt. Dobrze, że ktoś go wyartykułował.  Twoja laktacyjna droga trwa. Osiągnęłaś swój cel.  Powiedz, co Ciebie motywowało?

 

Pomagały mi historie kobiet, którym się udało karmić. Powtarzałam sobie: jeśli jest jedna osoba, która to zrobiła, to dlaczego nie ja?!

Dużo dała mi też obecność w grupach facebookowych dotyczących karmienia piersią i odciagania pokarmu. 

Pomagała też świadomość, że karmienie piersią jest czymś, co dała mam natura, że ja i córka jesteśmy do tego stworzone, tylko napotkamy nas chwilowe problemy. 

Często też mówiłam sobie, że skoro Kalinka,co chwilę robi coś nowego, skoro nauczyła się przewraca na brzuszek,  nauczyla się brać przedmioty do rączki, to czemu ma nie nauczyć się jeść mleka z piersi?

Karmienie piersią było spełnieniem mojego marzenia. Moją ciężką pracą, przy pomocy córki – zrealizowałam je!

 

Kiedy czyta się historię Ireny, to jakby oglądać dobry serial i czekać w napięciu na kulminację… A ona nie przychodzi i nie przychodzi, a mija odcinek po odcinku. 

 

Irenko! 

Jesteście przykładem niestrudzonej walki, symbolem nieskończonej ilości upadków i takiej samej liczby kolejnych prób. Twój upór i chęć karmienia doprowadziły Cię do spełnienia marzeń. Gratuluję przede wszystkim Tobie, gdyż jest to Twój życiowy i osobisty sukces. Pokonałaś samą siebie – i to jest najpiękniejsze zwycięstwo!

Dziękuję Ci za Twoją opowieść i postawę. 

Nina Kwaśniewska

 

Wam dopowiem jeszcze, że Kalinka jest teraz całkiem sporym cycochlikiem;)

Chcesz wesprzeć inne kobiety? Twoja laktacyjna ścieżka może być motywacją dla innych mam?

Napisz do nas!